chlip.com | targowisko próżności #2, czerwiec 2003

557

niedziela, 4 maja 2003

oto ty; oto ona, on. na początku obcy, dalecy; góra z górą. w miarę upływu czasu kolejne kontakty, przełamywanie barier. jeszcze jedne drzwi, drzwiczki -- uchylane, otwierane, czasem wyważane. krok za krokiem, powoli, ostrożnie; albo szybko, diablo szybko.

serdeczność, przyjaźń, miłostka, miłość, romans.

i to zostaje. i choćby upłynęło morze czasu -- to jest. raz zbudowane, raz otwarte -- można więc do tego z biegu wrócić. znów rozmawiać, jak kiedyś. znów kogoś tulić, tak po prostu. bez nadrabiania, bez zbędnego rozbiegu. jakby to było wczoraj.

/z serii: "bo to jest trochę tak.."/

Góra

czwartek, 15 maja 2003 r.

Stała tam zawsze, z początku obojętna wobec tego, co się na niej wyprawiało. Ludzie przychodzili, trwali, odchodzili. Czasem dobrowolnie, czasem pod naciskiem idei. Bo, choć nie miała tego świadomości, była wyjątkowa.

Była górą kultyczną.

Od zarania dziejów to właśnie na niej składano hołd wszystkiemu, czego się bano, od czego oczekiwano, się spodziewano; co błagane, zaklinane czy wreszcie przekupywane -- zapewnić miało lepszy byt. Ten teraźniejszy, czasem tylko przyszły.

I tak się działo, choć nie od razu, etapami. Z perspektywy Góry taniec wyglądał jednak zawsze tak samo.

Na początku była sytość Kapłanów, którzy zaspokojeni cieleśnie -- zapewniali wiernym strawę duchową. Dawali nadzieję, w niej podtrzymywali, nadawali sens codzienności.

Po kapłanach przychodził czas na ich przeciwników. Najpierw palonych (potrzeba bowiem najmniej kilku ofiar, by nowa idea nabrała sił), krok dalej zrzeszonych, wreszcie -- pomszczonych.

Potem tradycyjna zmiana władzy, kroju szat, preferowanych potraw, kultycznych ozdób i budowli.

Prochy wrogów urzyźniały Górę, zawsze w te same cztery strony świata. Od czcicieli mamutów, przez Celtów, mnichów Iro-szkockich, aż po cały tłum reformatorów -- do znudzenia ta sama historia; do znudzenia ten sam popiół.

Urozmaiceniem były budowle -- te, gdy zmieniał się gospodarz, karmiły Górę coraz to nowym surowcem. Od bezwładnie usypanych kamieni, skorup lepianek, przez dolmickie kręgi, coraz bardziej finezyjne kościoły, na szczątkach wspaniałych meczetów, uginających się jedynie przed potęgą wojen, skończywszy.

A Ona trwała, jak to Góra. Z religii na religię piękniejsza, bardziej historyczna.

Świat ludzi ewoluował, a od ostatniej wojny, w której siłą rzeczy uczestniczyła, upłynęło sporo czasu. I, wstyd przyznać, zaczynało jej brakować tego szczególnego tańca. Wyglądało na to, że ludzie nagle przestali się zabijać o idee, ni stąd, ni zowąd zmądrzeli.

Wykopaliska rozpoczęto dwa dni temu. Najprawdopodobniej jakiś bogaty religioznawca powiązał wreszcie koniec z końcem i ufając, że to tu znajdzie Graala, zainwestował kupę pieniędzy. Mogło być i tak, że to jeden z uniwersytetów, w morzu mało odkrywczych prac natrafił na Nią, zapomnianą przez wieki, zdobył fundusze, zainteresował media i właśnie rozpoczynał swoje archeologiczne pięć minut.

Gdyby tak jednak było -- historia zatrzymałaby się, skarby wieków rozwiezionoby po muzeach, a ją samą otoczono wysokim płotem i dopuszczano doń nielicznych, którzy, choć z nabożną czcią, grzebali by się w ziemi, pozostawiając idee samym sobie.

Los jednak był dla niej łaskawy. Miast religiologa -- trafiła na Wyznawcę. Takiego z prawdziwego zdarzenia, z tym samym ogniem w oczach, jaki pamiętała u Celtów.

Wiedziała, że z jego pojawieniem się odżyje raz jeszcze ten pradawny taniec, że znów będzie na co popatrzeć.

Trzeciego dnia postawiono tablicę, a napis, w trzech językach, głosił: "EU Vegas. Bo Europę też stać na rozrywkę".

/z serii: Konfabulacje Czwartkowe
dla pinakoteka.com/

559

czwartek, 15 maja 2003

miało to wielu.

w samochodzie, w górach, na ulicy. sekunda, dwie, pięć -- gdy życie bynajmniej nie przelatuje przed oczyma, jak snują niektórzy -- ale świadomość nieuchronnego końca przez moment majaczy gdzieś na horyzoncie.

spięcie, adrenalina, łomot w klatce piersiowej i uczucie boskiej ulgi. moment, który trwa wieczność.

wczoraj w kulisach zakrztusiłem się wodą.

pierwsze dziesięć sekund myślisz o tym, jak po cichu pozbyć się problemu; następne -- jak wyjść na scenę i czy będziesz w stanie coś, nomen omen, z siebie wykrztusić; z każdą kolejną, skąd zdobyć powietrze i dlaczego robi się tak ciemno..

wieczność, która trwa wieczność.

/z serii: "wycieczki autobiograficzne"/

Podróż

czwartek, 29 maja 2003 r.

Zawsze on.

Nieistotne -- kobieta, mężczyzna, dziecko, staruszka. Ma w sobie coś takiego, że z nas dwóch zauważają jego. Zawsze. Wiem, to nie jego wina.. Ba, trudno tu nawet mówić o jakiejś winie -- dzięki temu jego parszywemu urokowi już nie raz udało się wyjść z opresji, ale..

Ale czasem chciałbym, żebym to był ja; żebym był tym, na którego zwrócą uwagę najpierw. Ot, detal. Owszem, jesteśmy przyjaciółmi, życie bym za niego oddał, ale.. to jest silniejsze ode mnie -- dlaczego, do cholery, zawsze on?

To już trzeci rok. Po parę dni, czasem tygodni, w jednym miejscu i dalej, w świat. Podróż życia. Dopływ gotówki zawdzięczamy reportażom -- hulackie życie sprzyja wyławianiu ciekawych historii, zapewnia malowniczość fotografii, a ludzie to kupują.

Płacą, bo jesteśmy tym, czym oni nie mieli nigdy odwagi nawet spróbować. Za brak odpowiedzialności, za spontaniczność, rozrzutność; czasem za parę siniaków. Jesteśmy ich alter-ego; ucieleśnieniem zaprzepaszczonej wolności. Oni mają materializację marzeń -- my za co naszych marzeń szukać. Idylla.

I gdyby tylko nie to jego "pierwszeństwo". No bo, biorąc rzecz zdroworozsądkowo, to ja piszę, ja robię zdjęcia.. Fakt, on zapewnia koloryt, czyni z nas niespotykany dotąd zespół.. ale to chyba odrobinę za mało?

Jeden, jedyny raz usłyszeć, nawet trywialne, "Napijesz się?" albo "Można się dosiąść?". Tylko tyle.

A nie, do znudzenia: "Piękny kot, twój?"

/z serii: Konfabulacje Czwartkowe
dla pinakoteka.com/

560

sobota, 17 maja 2003
-- Piotr, jak będziesz głosował?

cóż, przeżywam poważny dysonans.

z jednej strony -- cenię sobie logiczne argumenty, zimną arytmetykę cenię -- a ta proponuje bardzo konkretną odpowiedź. problem w tym, że nie mam kiedy się nad nią pochylić, by była i moją odpowiedzią.

z drugiej -- drażni mnie pewien pokrzykujący tłum, któremu chętnie zrobiłbym na przekór. szkopuł w tym, że wspomniana (acz wciąż dość pobieżnie mi znana) argumentacja logiczna zdaje się być po stronie, zupełnie jej nieświadomego, tłumu.

z trzeciej -- nauczali, że demokracja sprawdza się jedynie w grupach o wysokim poziomie kulturalnym i intelektualnym -- więc w dzisiejszym świecie, jak proponował pewien Mądry Człowiek, wypadałoby robić przy okazji wszelakich głosowań test na inteligencję i orientację ekonomiczno-społeczną.

i o ile w tym pierwszym jeszcze jako-tako bym wypadł..

..o tyle, biorąc pod uwagę brak takowego testu, a co za tym idzie -- spory wkład przypadku w wyniki głosowań -- jakiś czas temu obiecałem sobie, że nie będę więcej tracił czasu na cały ten cyrk.

Skrzypek

czwartek, 22 maja 2003 r.

Miał w życiu dwie miłości.

Poznali się na akademii, razem grali, razem przeżywali pierwsze zachwyty, upojenia -- światem, muzyką, sobą; pierwszą wielką miłość -- tę jedyną. Ślub, wspólny dom, choć tylko od czasu do czasu. Koncerty, trasy. Szczęście. Oboje robili to, co kochali, u boku tego, które kochali. Niebo.

Była dla niego wszystkim. Nie, w hierarchii wartości nie stawiał jej ponad żoną -- była w przedziwny sposób jej dopełnieniem. Oddając się jej mógł pełniej kochać swoją wybrankę. Zresztą -- oddawali się oboje. Wspólne koncerty były afirmacją ich miłości, cudownym spełnieniem.

Tego wieczoru stracił obie.

Rocznica ślubu, rocznica dyplomów. To było jak sen. Ośmielona drogim winem postanowiła mu powiedzieć -- miłość przebacza, myślała. Słuchał, niedowierzając. W pewnym momencie nie wytrzymał, targnięty falą rozpaczy..

Zareagowało ciało, jego najmroczniejsze instynkty.

Gdyby bliżej było do miejsca, w którym leżały skrzypce, gdyby to ich chwycił się w chwili słabości -- pewnie zagrałby najrzewniej, najprawdziwiej; jak nigdy. Ona dołączyłaby, we łzach, i graliby całą noc, pięknym happy-endem na nowo rozpalając uczucie. Gdyby.

Świętowali na dachu. On poderwał się, zachwiał.. i nie chwycił niczego.

/z serii: Konfabulacje Czwartkowe
dla pinakoteka.com/

Mecenas Sztuki

czwartek, 1 maja 2003 r.

Od dziecka chciał być artystą. Jakimkolwiek. I nie chodziło mu o sławę, za nic miał pieniądze -- pożerała go gorliwość o Sztukę. Taką z prawdziwego zdarzenia, sięgającą innej rzeczywistości, wyzwalającą, przebóstwiającą szary, brudny świat za oknem. Chciał uczestniczyć w ustawicznym sprowadzaniu Sacrum na ziemię.

Okazało się jednak, że jego szanse są raczej mizerne. Dwie lewe ręce, słuch muzyczny zerowego stopnia, za grosz jakichkolwiek zdolności ledwie nawet humanizujących. Nie, żeby był głupi -- nauki matematyczno-przyrodnicze nie sprawiały mu najmniejszych problemów, nie przynosiły jednak za grosz satysfakcji.

By żyć w zgodzie z sobą -- wybrał jedyne, co mu się jeszcze z transcendencją kojarzyło -- Boga. Uwierzył prawdziwie, niemal bez przeszkód ukończył seminarium. Wyświęcono go i posłano na placówkę do Miasta. Zrealizował się jako duszpasterz, dużo czytał, rozmyślał; przywiódł do owczarni Pana tysiące zagubionych owieczek.

I tylko czasem, wieczorami, gdy wracał odmieniony z opery, teatru budziła się w nim tęsknota, by jakoś Sztuce w jej przybieraniu materialnej postaci dopomóc. Owszem, organizował w parafii życie towarzyskie, wspomagał działania na arenie miasta, diecezji. Ale wciąż czuł niedosyt. Był tylko pionkiem, jego wkład w obwieszczanie Piękna zależny był od tych, którzy trzymali trzos.

Aż znalazł sposób.

Dogadał się z potężną podmiejską winiarnią -- podzielili zyski po połowie. Nareszcie to w jego ręku leżały klucze do lepszego świata. Uczynił z Miasta prawdziwe centrum kulturalne -- każdego tygodnia przyjeżdżał ktoś wielki, dawał koncert, wystawiał spektakl; zaroiło się od galerii sztuki, ulicznych happeningów, odczytów poezji. A on spotykał się z ludźmi, dzielił ich radość, zachwyt, nierzadko łzy szczęścia.

Że go suspendowali? A cóż innego mogli uczynić po telefonie, który spełnił jego marzenia i uczynił go tym, czym był dziś?

- Szczęść Boże, prezes Dionizy Gronostaj. Jest tu pewien ksiądz, który chwilę pomamrotał, zamachał rękami i twierdzi, że konsekrował zawartość naszych piwnic. Podejrzewam, że chętnie odkupicie od nas to.. wino?

558

wtorek, 6 maja 2003

to, jaki jesteś, jest prawdopodobnie wynikiem miejsc, ludzi, zdarzeń, predyspozycji wrodzonych, wreszcie na końcu tej kolejki -- Twoich wyborów.

i ten boski eksperyment ma właściwie tylko dwa "ale": raz, że trudno być twórcą i tworzywem, przedmiotem eksperymentu i jego badaczem -- trudno o obiektywizm, o zimne, logiczne spojrzenie; a dwa, że każda zmiana w obiekcie obserwacji zmienia nieodwracalnie samego Obserwatora..

i to dlatego tym, którzy mają, będzie dodane -- bo mieli na tyle szczęścia u początku eksperymentu, by zmodyfikować się "in plus"; by zgromadzić najbardziej adekwatne narzędzia, te najbardziej przydatne do rozwoju, do gromadzenia następnych.. tak więc z każdym krokiem lepsi, doskonalsi, i choć podnoszą poprzeczkę -- coraz to lepiej wyposażeni -- z większą lekkością zdobywają jeszcze więcej.

powiadają, że najtrudniej zarobić pierwszy milion.

a tym, którzy nie mają.. cóż, mieli pecha. kiepsko inwestowali, albo po prostu nie mieli czego inwestować, bo w końcu "z niczego nie ma nic". więc spartolili (o ile takim go nie otrzymali) Obserwatora już na wstępie, i choć robili, co w ich mocy, lepiej nie będzie.

nie wściekaj się więc na niego, że zaściankowiec, że małostkowy, sknera, nudziarz.. nie ten surowiec, nie ci ludzie, miejsca, i czasem tylko nie te wybory -- choć najprawdopodobniej ku dobremu, ale ze skażonym materiałem, z życiowym pechem.

a że są tacy, którzy tytaniczną pracą odbili się od dna? że mimo kiepskich kart jakoś się jednak przebili?

cóż, przed nimi kapelusze z głów, od nich czerpać, nimi się karmić.. i znów: jak daleko dotarliby ci pierwsi, gdyby przyłożyli się, jak ci ostatni..

Kompozytor

czwartek, 8 maja 2003 r.

W jego muzyce mieszkał Bóg -- mawiali. Nawet najwięksi sceptycy dostrzegali, że z jego partytur raz po raz wyłaniał się inny, lepszy świat. Agnostycy, walczący ateiści, cynicy, niedowiarki -- jednogłośnie przyznawali, że jest w niej to Coś więcej.

ON: Skromny, wraca po koncercie do domu swoim skromnym samochodem, w skromnym garniturze, skromnie skrojonym na jego skromną miarę.

Coś, co każe być lepszym, co otwiera drzwi dla nieprawdopodobnego piękna, wobec którego nie można pozostać obojętnym. Jego muzyka w jakimś stopniu zmieniała każdego, kto się z nią zetknął. Uświęcała.

ON: Pokornym kluczem otwiera pokornie drzwi do swego pełnego pokory przedpokoju.

Otrzymywał tysiące listów, proponowano mu niebotyczne sumy za napisanie kolejnego requiem, choćby tylko jednej jego części. Raz do roku przyjmował zlecenie, większość pieniędzy przeznaczał na zbożne cele, zostawiając sobie tylko tyle, ile niezbędnie do przeżycia potrzebował.

ON: Zamyka drzwi, przechodzi przez przedpokój. Zsuwa rolety, upewnia się, że nikt nie będzie go widział. Wie dobrze, że to, co się za chwilę wydarzy jest ponad możliwości percepcji tych, którzy przypadkiem spojrzeliby w tę stronę.

W takich chwilach świat wstrzymuje oddech. Tego wieczoru zapowiedział premierę Dzieła Dzieł, potężnej formy, którą pisał od lat, a którą dziś wieczór planuje ukończyć. "Jeszcze tylko kilka nut" -- śmiał się na konferencji prasowej.

ON: W środku pokoju stawia stolik, na nim patefon. W bardzo przypadkowych miejscach ustawia świece. Świece są ważne, mawiał jego ojciec.

Podejrzewali go o to od samego początku -- zawsze znajdzie się kilku takich, co to wszędzie widzą diabła. Że szarlatan, że przyzywa demony, że składa ofiary z dziewic. Puszczali jego utwory wspak, wolniej, szybciej, co trzecią nutę, co siódme słowo. I nic. Absolutnie nic nie znaleźli. Co więcej -- muzyka broniła się odsłuchiwana w obie strony.

ON: Zaczyna kręcić korbą, tarcza skrzypiąc obraca się, a on, mamrocząc pod nosem "jeszcze te kilka nutek, ten ostatni raz, proszę..", leje wosk.

/z serii: Konfabulacje Czwartkowe
dla pinakoteka.com/


"Targowisko Próżności" nr 2/2003 (2), rok I | © piotr.chlipalski 2003 | kontakt