chlip.com | targowisko próżności #1, maj 2003

556

wtorek, 22 kwietnia 2003

są takie wieczory..

bo widzisz: dawno, dawno temu trzeba było się nie lada natrudzić, by ożywić z dawna zapomnianą znajomość. by tchnąć życie w przyjaźń, która gdzieś tam, z racji odległości, zmian, studiów.. czekała. i jeszcze nie tak dawno temu trzeba było na to czasu, środków, przypadku..

a dziś nawet znaczków lizać nie trzeba. klawiatura, telefon. i raz na pół roku kawa.

bo widzisz: dawno, dawno temu był czas na to, żeby razem posiedzieć, po prostu. i, rzecz ciekawa, wiedziałem, jak wyglądają Ci, z którymi dzieliłem radości, którym opowiadałem o błahostkach, których mogłem słuchać, tak po prostu.

a dziś zbawienna schizofrenia. i na palcach obu rąk policzyć "analogowych" bliskich, choć i tak z dnia na dzień kolejni migrują w świat idei -- stając się zestawem liter. bo tak wygodniej, bo dzięki temu bez przerw, bo w zasadzie przez cały czas "w kontakcie".

i, poza wieczorami, jak ten, wierzę, że mi to nie przeszkadza.

że tak jest lepiej, wierzę, że piękniej. że dzięki temu jesteśmy dla siebie, choć w tym przedziwnym przesunięciu; że w ten sposób bardziej na siebie otwarci, że przez to prawdziwsi; i że każde ma teraz czas na to, by wszystko nazwać, bez pośpiechu, że tak.. naturalnie.

552

poniedziałek, 31 marca 2003

pierwsze spotkanie z "Moulin Rouge" wywołało mocno.. mieszane uczucia. z jednej strony wgniatająca w fotel forma -- z drugiej banalna, do bólu naiwna treść. i tu mały przełom w moim odbiorze kina -- przy drugim oglądaniu nie liczyła się treść, wystarczyła forma. trzecie widzenie to już zupełne jej się oddanie -- zachwyt.

upłynęło trochę wody, wchodzi "Chicago" -- z nastawieniem li tylko na formę, bo to przecież produkt amerykański. i oto, mimo iż podobnie banalna, to jednak jakby bardziej prawdziwa -- bo nie o naiwnej miłości, a dość namacalnym złu -- równie jak ta pierwsza prawdopodobnym, ale jakże bardziej.. urzekającym, rezonującym?

i zdało by się, koniec opowiastki. punkt dla Świętego Gaju, kolejny krok w ekranizacji musicalu.. a jednak to nie to samo. czy może inaczej -- to nie więcej.

wygląda więc na to, że naiwna miłość, choć mniej spektakularna, bardziej rezonuje; i gdyby wybierać: palma pierwszeństwa dla McGregora za prawdę w głosie, listki dla Broadbenta za wykonanie "Show Must Go On", łodyżka dla Jacka Komana za "Roxanne". a "Chicago"? owszem chwilami spektakularne, jakże przewrotne.. ale nic więcej.

a może to przez smyki? może to ich zabrakło -- one przecież rezonują zawsze. i choćbyś stanął na głowie -- Jazz nie znajdzie sobie miejsca w Tobie tak głęboko, jak Tango?

więc jednak nie "dobro kontra zło", "miłość przeciw nienawiści".. a, tylko i wyłącznie, forma?

Prorok

czwartek, 17 kwietnia 2003 r.

To jedno nie ulegało kwestii. Był prorokiem -- czy tego chciał, czy nie. Widział rzeczy, o których inni nawet nie śnili (tak rzadko śni się o sprawach zwyczajnych), jego umysł wędrował niejako przed nim. Owszem, w równie szarej rzeczywistości, co umysły bliźnich, ale zawsze te kilka kroków z przodu.

I podobnie, jak ci Prorocy z dużego "P" -- miał z tym poważny problem. Nie, żeby ktoś go prześladował -- ba, nikt nawet nie próbował piętnować tej jego szczególności, i, co ciekawe, nikt też nie próbował jej wykorzystać.

Może to dlatego, że nie miał nad nią kontroli? A może, prozaicznie, że był, nomen omen, prorokiem prozaicznym?

Nigdy nie przewidział żadnego zakładu czy loterii, nie potrafił odgadywać kart, nie miał pojęcia o giełdzie. Los oszczędził mu wizji apokaliptycznych, pozbawił też, na jego nieszczęście, wizji rozeznania -- miał poważne problemy z rozróżnieniem teraźniejszości od przyszłości, a co gorsza -- nie widział różnicy między przyszłością prawdopodobną a nieuchronną.

I tak -- proroczy instynkt podszeptywał bójkę -- bił więc pierwszy; zawsze pierwszy, często stając się jedyną chryi przyczyną. Aprioryczna wiedza mówiła o potężnym kacu, więc pił, wiedząc, że z proroctwem nie ma szans wygrać, a w osnowę rzeczywistości interweniować mu nie wolno. Bo, choć był prostym człowiekiem, czuł, że kac bez przyczyny mógłby poważnie zachwiać Odwiecznym Porządkiem.

Jan wyśnił smoka, Faraon krowy, a on mógł liczyć co najwyżej na kurę, do tego strasznie chudą. Nadto chwilę później budziło go dziobanie, a nim pokojarzył fakty -- wyśnione ptaszydło zżerało mu sznurówki.

I tak dalej, i tak dalej.. aż po grób.

Zginął męczeńsko. Wróć. W mękach. Prozaicznie, przez bardzo prozaiczne proroctwo, którego nie rozpoznał. Jego wieszcze receptory odebrały pośpieszny do Zielonej Góry, więc wsiadł -- zachodząc w martwą już wtedy głowę, dlaczego w środku zimy pociąg przyjechał na czas.

/z serii: Konfabulacje Czwartkowe
dla pinakoteka.com/

553

czwartek, 3 kwietnia 2003

uczestniczyliśmy dziś w (dramatycznie cedzę, daj Bóg -- adekwatne, słowa) zdarzeniu, jak się utarło, kulturalnym. i tak: publika pod krawatami, po wszystkim owacja na stojąco, kwiaty, tłum domaga się bisu. i zastanawia mnie tylko, dlaczego cztery osoby nie wstały, nie klaskały? dlaczego wyszły zdegustowane, zawiedzione?

może, bo niewystarczającym powodem do obsadzania kogoś w roli Jezusa jest fakt, że ma długie włosy? z drugiej jednak strony -- ze świecą szukać wokalisty rockowego, który śpiewa do wewnątrz, skutkiem czego nie wydaje niemal żadnych dźwięków -- jakby zastraszony, filigranowy.

a może dlatego, że od spektaklu, przypadkiem ocierającego się o sacrum, wymaga się odrobiny prawdy? że zimne, obiektywnie, czy może wręcz obojętnie wytańczone układy choreograficzne; że beznamiętnie śpiewane songi, że (zostawiając już sacrum w spokoju) nie do końca chyba pożądany bałagan na scenie, grająca do tyłu, a w najlepszym wypadku do metronomu, orkiestra..

i pewnie po trochę dlatego, że brać się za rzecz znaną, porywać na wymagającą ognia i pasji rock-operę, jednocześnie nie próbując z siebie wykrzesać (choćby dla świętej przyzwoitości) nic nad "a jak będziesz śpiewał w Ogrójcu to podnieś czasem rękę, taka dramaturgia, rozumiesz? ah, i kochany, spróbuj wtedy troszkę głośniej, wiesz.. te mikroporty nie czytają w myślach.." to wątpliwa recepta na sukces?

Jesus Christ Superstar w wykonaniu Teatru Rozrywki w Chorzowie. żenu..

a może to my? grając emocjami; wierząc, że na scenie liczy się Prawda, która albo jest, albo możemy sobie iść do domu; szukając, walcząc dla każdego widza.. przesunęliśmy sobie granice tego, czego oczekujemy od sztuki, tak bardzo daleko?

bo przecież wszystkim pozostałym podobało się; przecież klaskali, ba! poderwali się z krzeseł.. przecież niemożliwe, by każdy z nich miał tam tam kogoś znajomego, brata czy siostrę na scenie; niewiarygodne chyba, by tak dalece ulegli konwenansom, kurtuazji..

..jące?

Katalizator Nieszczęść

czwartek, 24 kwietnia 2003 r.

Wielu wierzy, że są takie miejsca, gdzie nieszczęścia zwykły się skupiać. Czy to z naturalnego biegu rzeczy, czy z bardzo rzeczowego złorzeczenia, wreszcie zupełnie bez przyczyny -- z boskiego, rzec by się chciało, kaprysu.

Weźmy choćby taki Trójkąt Bermudzki. Nie brak jednak na świecie i uroczysk, przeklętych domów czy wymarłych miasteczek; są wreszcie kraje, w których nigdy nic nie wychodzi, ba! całe planety -- jednym los zapewnił święty spokój, inne zaraził, w ostatecznym rozliczeniu absolutnie destrukcyjnym, życiem.

Ale nie o tym.

Są ludzie, którym los sprzyja -- W Czepku Urodzeni. Naturalnym biegiem rzeczy są też tacy, którym los musiał zabrać, by dać tym pierwszym. Są wreszcie ci, o których mi chodzi -- ludzie, którzy sami w sobie są przez Fatum w zasadzie pomijani, służą jednak za nosicieli wyroków dla innych. Ich znów najprościej podzielić na takich, co to przynoszą dobre wieści i na takich, jak ja -- Katalizatory Nieszczęść.

Nie, żebym narzekał. Większość ludzi przeżywa generalnie nudne życie, od czasu do czasu ocierając się o wstrząsające posadami ich światka wydarzenia, których opisem (o ile uda im się z owego otarcia wyjść cało) zanudzają potem najbliższe otoczenie. Ja sam stoczyłem żywot opływający w wydarzenia, wręcz w nich tonący, w rzadkich chwilach słabości pocieszając się faktem swego, dość przewrotnego, wybraństwa.

Nie chodzi już nawet o to, że przynosiłem ludziom pecha. To trochę tak, jakby świat materialny w zetknięciu ze mną przegrywał, nie do końca wiedząc, dlaczego się tej nierównej gry podjął.

Dość, że większość ludzi, miejsc czy przedmiotów ocierając się o mnie, niezależnie od mej dla nich przychylności czy antypatii -- z czasem zderzało się z Nieuchronnym. Powiadają, że wyobraźnia ludzka nie zna granic. Uwierzcie –- mogłaby się od Losu naprawdę wiele nauczyć.

W kontekście powyższego -- sam nie wiem, co mnie podkusiło, by podróżować. Może naiwnie wierzyłem, że przy odpowiednio dobranej trasie, na którymś z zakrętów zgubię torbę wyroków, zdobywając choć chwilę oddechu, nim mnie znajdzie mój "zleceniodawca"? A może, skacząc z kwiatka na kwiatek, miałem nadzieję, że nigdzie nie zagrzeję miejsca na tyle długo, by Fatum zorientowało się, że wypada w tym miejscu komuś przyłożyć?

Tokyo -- z racji nieciekawej pogody raczej w metrze. Ledwie z niego wysiadłem, pomyleńcy z jakiejś sekty rozpylili gaz. Naście lat wcześniej Rzym. Wiwatujący tłum, niesamowita atmosfera i.. ów biedny człowiek, przeciskający się między pielgrzymami, w chwilę później strzelający do Papieża. Do dziś zastanawiam się, co mnie podkusiło oglądać parę lat później elektrownię w Czarnobylu.

I dalej: Dolina Bamian z jej sześćsetletnimi posągami Buddy, które jeszcze tego samego dnia Talibowie zmienili w kupę kurzu; wreszcie Nowy Jork, mrowisko istnień "Trudniej trafić na coś konkretnego" -- pomyślałem. W szaleńczymi biegu zwiedzałem, co się dało, z nikim za długo nie rozmawiając, nie tworząc więzi. Oczywiście wyjechałem pod silnym wrażeniem Siostrzanych Wież.

A teraz dopadło mnie, jak na złość, kiedy przejeżdżałem przez Irak. Cóż, chrzanić Bagdad -- pozwiedzam kiedy już ich definitywnie wyzwolą.

Wracam do Polski.

/z serii: Konfabulacje Czwartkowe
dla pinakoteka.com/

554

środa, 16 kwietnia 2003
-- Ale co ty chcesz w życiu robić? Kim chcesz zostać? Czym być?

do tych, dla których to właśnie te pytania stanowią najważniejszą chwilę okazjonalnego spotkania; którzy jakość człowieka poznają po tym, co o sobie powie -- pytanie mam. czy naprawdę to jest takie proste? czy rzeczywiście można być tylko czymś jednym? a wreszcie -- czy jest gdzieś owe "wtedy", o które pytacie?

czy faktycznie nadejdzie taki moment, w którym powiesz sobie "nareszcie!"? gdy zrealizujesz się w pełni i będziesz mógł o sobie rzec "całkowicie spełniony". a jeśli nadejdzie? co wtedy? zdajesz sobie chyba sprawę, że wówczas to już tylko umrzeć..

może więc lepiej myśleć o możliwościach? spróbować wszystkiego, szukać na milion sposobów, wybierając nie "mniejsze zło", ale większe dobro. i pod żadnym pozorem nie pozwolić samemu sobie na "kiedyś" -- tu i teraz albo wcale, raz na zawsze odrąbując łeb naszemu "jutro to już na pewno".

a odpowiadając.. widzisz -- ja chyba już jestem; już to robię. od dawna, choć co chwilę co innego -- ale za to jakże szczęśliwie. w każdym miejscu tak, jak chcę; gdzie chcę. jak kot.

że brak stabilizacji? w telewizorze co rusz jakiś wariat wysyła armię Bogu-Ducha-Winnych chłopaków na Bogu-Ducha-Winnych podejrzanych, a Ty szukasz stabilizacji?

zresztą -- przecież całkiem stabilne jest raczej to, co już nie żyje.. takie, weźmy na przykład, piramidy -- te są dość stabilne, prawda?

ale oczywiście, tam, na ulicy, z braku czasu na tłumaczenia:

No wiesz.. Teatr, Internet, czasem jakieś zdjęcia; ostatnio podręcznik.. Taki tam Wolny Strzelec.

534

czwartek, 26 grudnia 2002

miał to Stachura.

To Coś, co sprawia, że jego słowotoki czyta się z zapartym tchem. próbował nazwać wszystko, nie bronił się przed dygresjami, malował swój świat tak niesamowicie, że rzeczy zwyczajne, tak bardzo codzienne spisane jego ręką chłonie się garściami..

są tacy, którzy o czymkolwiek by nie mówili -- potrafią mówić tak, że ich słuchasz. Gawędziarze, Dusze Towarzystwa. mają To Coś, co od wewnątrz wzbrania ich cytować -- bo tak pięknie, tak inaczej, tak jak oni na pewno się nie uda; bo wraz ze "swoimi słowami" ucieknie cała magia, bo trzeba by na pamięć, z gestami, z mimiką..

są Muzycy, którzy -- choć bez powalającego na kolana warsztatu, bez wirtuozerii -- mają To Coś, co jednym pociągnięciem smyka pozwala im zagrać na uczuciach, wspomnienia obudzić, łzę zakręcić..

Pauli był fizykiem teoretykiem najczystszego typu, powiadano, że sama jego obecność w mieście wystarczała, by doświadczenia się nie udawały.
/Stephen W. Hawking/

Wolfgang Pauli też miał To Coś. tyle, że w drugą stronę..


"Targowisko Próżności" nr 1/2003 (1), rok I | © piotr.chlipalski 2003 | kontakt