Katalizator Nieszczęść
czwartek, 24 kwietnia 2003 r.
Wielu wierzy, że są takie miejsca, gdzie nieszczęścia zwykły się skupiać. Czy to z naturalnego biegu rzeczy, czy z bardzo rzeczowego złorzeczenia, wreszcie zupełnie bez przyczyny -- z boskiego, rzec by się chciało, kaprysu.
Weźmy choćby taki Trójkąt Bermudzki. Nie brak jednak na świecie i uroczysk, przeklętych domów czy wymarłych miasteczek; są wreszcie kraje, w których nigdy nic nie wychodzi, ba! całe planety -- jednym los zapewnił święty spokój, inne zaraził, w ostatecznym rozliczeniu absolutnie destrukcyjnym, życiem.
Ale nie o tym.
Są ludzie, którym los sprzyja -- W Czepku Urodzeni. Naturalnym biegiem rzeczy są też tacy, którym los musiał zabrać, by dać tym pierwszym. Są wreszcie ci, o których mi chodzi -- ludzie, którzy sami w sobie są przez Fatum w zasadzie pomijani, służą jednak za nosicieli wyroków dla innych. Ich znów najprościej podzielić na takich, co to przynoszą dobre wieści i na takich, jak ja -- Katalizatory Nieszczęść.
Nie, żebym narzekał. Większość ludzi przeżywa generalnie nudne życie, od czasu do czasu ocierając się o wstrząsające posadami ich światka wydarzenia, których opisem (o ile uda im się z owego otarcia wyjść cało) zanudzają potem najbliższe otoczenie. Ja sam stoczyłem żywot opływający w wydarzenia, wręcz w nich tonący, w rzadkich chwilach słabości pocieszając się faktem swego, dość przewrotnego, wybraństwa.
Nie chodzi już nawet o to, że przynosiłem ludziom pecha. To trochę tak, jakby świat materialny w zetknięciu ze mną przegrywał, nie do końca wiedząc, dlaczego się tej nierównej gry podjął.
Dość, że większość ludzi, miejsc czy przedmiotów ocierając się o mnie, niezależnie od mej dla nich przychylności czy antypatii -- z czasem zderzało się z Nieuchronnym. Powiadają, że wyobraźnia ludzka nie zna granic. Uwierzcie –- mogłaby się od Losu naprawdę wiele nauczyć.
W kontekście powyższego -- sam nie wiem, co mnie podkusiło, by podróżować. Może naiwnie wierzyłem, że przy odpowiednio dobranej trasie, na którymś z zakrętów zgubię torbę wyroków, zdobywając choć chwilę oddechu, nim mnie znajdzie mój "zleceniodawca"? A może, skacząc z kwiatka na kwiatek, miałem nadzieję, że nigdzie nie zagrzeję miejsca na tyle długo, by Fatum zorientowało się, że wypada w tym miejscu komuś przyłożyć?
Tokyo -- z racji nieciekawej pogody raczej w metrze. Ledwie z niego wysiadłem, pomyleńcy z jakiejś sekty rozpylili gaz. Naście lat wcześniej Rzym. Wiwatujący tłum, niesamowita atmosfera i.. ów biedny człowiek, przeciskający się między pielgrzymami, w chwilę później strzelający do Papieża. Do dziś zastanawiam się, co mnie podkusiło oglądać parę lat później elektrownię w Czarnobylu.
I dalej: Dolina Bamian z jej sześćsetletnimi posągami Buddy, które jeszcze tego samego dnia Talibowie zmienili w kupę kurzu; wreszcie Nowy Jork, mrowisko istnień "Trudniej trafić na coś konkretnego" -- pomyślałem. W szaleńczymi biegu zwiedzałem, co się dało, z nikim za długo nie rozmawiając, nie tworząc więzi. Oczywiście wyjechałem pod silnym wrażeniem Siostrzanych Wież.
A teraz dopadło mnie, jak na złość, kiedy przejeżdżałem przez Irak. Cóż, chrzanić Bagdad -- pozwiedzam kiedy już ich definitywnie wyzwolą.
Wracam do Polski.
/z serii: Konfabulacje Czwartkowe
dla pinakoteka.com/
554
środa, 16 kwietnia 2003
-- Ale co ty chcesz w życiu robić? Kim chcesz zostać? Czym być?
do tych, dla których to właśnie te pytania stanowią najważniejszą chwilę okazjonalnego spotkania; którzy jakość człowieka poznają po tym, co o sobie powie -- pytanie mam. czy naprawdę to jest takie proste? czy rzeczywiście można być tylko czymś jednym? a wreszcie -- czy jest gdzieś owe "wtedy", o które pytacie?
czy faktycznie nadejdzie taki moment, w którym powiesz sobie "nareszcie!"? gdy zrealizujesz się w pełni i będziesz mógł o sobie rzec "całkowicie spełniony". a jeśli nadejdzie? co wtedy? zdajesz sobie chyba sprawę, że wówczas to już tylko umrzeć..
może więc lepiej myśleć o możliwościach? spróbować wszystkiego, szukać na milion sposobów, wybierając nie "mniejsze zło", ale większe dobro. i pod żadnym pozorem nie pozwolić samemu sobie na "kiedyś" -- tu i teraz albo wcale, raz na zawsze odrąbując łeb naszemu "jutro to już na pewno".
a odpowiadając.. widzisz -- ja chyba już jestem; już to robię. od dawna, choć co chwilę co innego -- ale za to jakże szczęśliwie. w każdym miejscu tak, jak chcę; gdzie chcę. jak kot.
że brak stabilizacji? w telewizorze co rusz jakiś wariat wysyła armię Bogu-Ducha-Winnych chłopaków na Bogu-Ducha-Winnych podejrzanych, a Ty szukasz stabilizacji?
zresztą -- przecież całkiem stabilne jest raczej to, co już nie żyje.. takie, weźmy na przykład, piramidy -- te są dość stabilne, prawda?
ale oczywiście, tam, na ulicy, z braku czasu na tłumaczenia:
No wiesz.. Teatr, Internet, czasem jakieś zdjęcia; ostatnio podręcznik.. Taki tam Wolny Strzelec.
534
czwartek, 26 grudnia 2002
miał to Stachura.
To Coś, co sprawia, że jego słowotoki czyta się z zapartym tchem. próbował nazwać wszystko, nie bronił się przed dygresjami, malował swój świat tak niesamowicie, że rzeczy zwyczajne, tak bardzo codzienne spisane jego ręką chłonie się garściami..
są tacy, którzy o czymkolwiek by nie mówili -- potrafią mówić tak, że ich słuchasz. Gawędziarze, Dusze Towarzystwa. mają To Coś, co od wewnątrz wzbrania ich cytować -- bo tak pięknie, tak inaczej, tak jak oni na pewno się nie uda; bo wraz ze "swoimi słowami" ucieknie cała magia, bo trzeba by na pamięć, z gestami, z mimiką..
są Muzycy, którzy -- choć bez powalającego na kolana warsztatu, bez wirtuozerii -- mają To Coś, co jednym pociągnięciem smyka pozwala im zagrać na uczuciach, wspomnienia obudzić, łzę zakręcić..
Pauli był fizykiem teoretykiem najczystszego typu, powiadano, że sama jego obecność w mieście wystarczała, by doświadczenia się nie udawały./Stephen W. Hawking/
Wolfgang Pauli też miał To Coś. tyle, że w drugą stronę..